WEKTOR znaczy także KIERUNEK

Jest powód, że przerywam milczenie. Wygląda na to, że pewne tematy mnie elektryzują. Sztuka. Twórczość. Kultura naszych czasów. Wieczne pytania bez dobrych odpowiedzi.

Przeczytajcie i popatrzcie na wpis pod tytułem „Od dziś nie uwierzę już w prawdziwość żadnego zdjęcia znalezionego w internecie” opublikowany na blogu Kulturą w płot.

Przeczytałam, obejrzałam i… niestety dzieło „najlepszych” najlepsze nie jest. Pożądny kopista lepiej by sobie poradził. Ale liczy się reklama, a firma Adobe ma kasę i bank fotografii. Zresztą programy graficzne Adobe są naprawdę świetne.

A teraz dlaczego ta zabawa w rekonstrukcje jest marna w skutkach? Bo jak rozumiem nie wolno było domalowywać Photoshopem, tylko dopuszczono klasyczną obróbkę fotografii. (Nie wiem czy tak było, ale na to wygląda).
Poza tym wielcy mistrzowie nie robili kolaży i wobec tego łączenie barw miało sens plastyczny, nikt niczego nie szparował, nie wklejał i nie harmonizował. A ci tutaj graficy nie zadali sobie trudu (jeszcze odrobinę więcej trudu), żeby należycie wtopić i poprawić przejścia barw i walorów, szczególnie między elementami odcinającymi sie na czymś, co ludzie zwykli nazywać tłem. A porządny malarz zawsze wiedział, że w obrazie tło nie istnieje, istnieje przestrzeń.
Po trzecie, używanie stockowych fotografii prowadzi do przesady. Porównajcie morze i niebo Rembrandta i Ankura Patara, a na pewno zobaczycie w czym rzecz.
Postacie są przerysowane, wygładzone, bo skoro stockowe, to obrobione tak, żeby pasowały do kultury nice, jaka obecnie panuje w popkulturze i kulturze korporacyjnej.

Zły wpływ na kopie odrobione w komputerze ma też obecna moda na przerysowane fotografie, w których wszystkie plany są jednakowo ostre. Na całym obrazie najdrobniejsze detale wyraźne jak gdyby widziane przez lupę. Taka estetyka odpowiada naszemu plastikowemu światu i być może moje obiekcje są łabędzim śpiewem miłośniczki prawdziwej twórczości vs. kreatywność. Jeśli chcecie dopowiedzenia: twórczości nie da się nikogo nauczyć, można i trzeba nauczyć technik i tzw. rzemiosła. Natomiast kreatywność jest dziś ustandardowiona i uczą jej na kursach i uczelniach. Czasem kogoś wyuczą, ale na ogół tylko odpowiednich „myków”.

Czytam: „Wspomnieni śmiałkowie to utalentowani członkowie społeczności serwisu Behance – Karla Cordova, Jean-Charles Debroize, Mike Campau oraz Ankur Patar, a obrazy, które mieli zrekonstruować to odpowiednio: La mesa herida Fridy Cahlo, Święty Mateusz i anioł Caravaggia, Średniowieczne miasto nad rzeką Karla Friedricha Schinkela oraz Burza na jeziorze galilejskim Rembrandta”.
No cóż. Wybronił się Mike Campau. Dobra robota. Chciaż gdyby się dało obejrzeć oba dzieła w lepszej rozdzielczości, to kto wie, co by się okazało.

Reszta towarzystwa popełnła sporo niezręczności, ale niewykluczone, że ta przesadna plastikowość jest zamierzona.
Firma Adobe sprzedaje nie tylko Photoshopa. Taki Illustrator też wiele może, szczególnie gdy trzeba rzecz dopasować do kultury plastiku, wygładzić i usunąć kłopoty ze skalowaniem. Czy obrazek ma być drukowany na znaczku czy na ogromnym banerze, tak samo powinien się nadać. A w internecie, to już wcale nie ma problemu. Są piksele i wektory.

A wpis ciekawy, nawet bardzo. I komentarze także. Ludzka kultura jest nieograniczona.

Opublikowano Kultura wizualna, Wokół sztuki | Otagowano , , , , , , , | Skomentuj

Czas na przerwę, zostawiam namiary

Drodzy Czytelnicy,

zawieszam pisanie Kulturalnika, zapraszam Was do odwiedzania moich innych blogów.

Miss Rose (i jej sny)

Miss Rose (i jej sny)

Rozmaite rysunki Almetyny

 

W sprawie porad, o jakich mowa wyżej można do mnie pisać:
wspakinfo@gmail.com

Poprzedni blog pisany, a nie rysowany, Worek-Stworek, jest  tutaj, klik.

Do niebawem,
Wasza Almetyna

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

eParadiso. Umrzesz, przepadniesz czy zostawisz okruszki?

Zapisane gdzieś w sieci jako kometarz na blogu:

Problem pamięci i dziedzictwa naszej aktywności w sieci jest chyba od pewnego czasu znany. Powinniśmy mieć jakąś możliwość decydowania. Ale czy na pewno? Niektórzy robią (robili) coś z pasją i to „ich usprawiedliwia”, ale czy historia kultury nie dowodzi, że nie takie jest kryterium przerwania w pamięci zbiorowej?

Może powinnam coś więcej napisać, ale komentarz pod blogiem nie jest odpowiednim miejscem. Czy może jest? Dałoby się wtedy „przeżyć” w cieniu innego życia. Z drugiej strony, jak pomyśleć o rozrzutności natury, to się traci pewność siebie (dorsze produkują 40 000 narybku, z czego przeżywają dwie sztuki; my niby nie dorsze, ALE).

Jak myślicie, skąd ten cytat? Pierwszy odruch to „wrzucić w Gugla”. Wynik taki sobie, widać napisane dopiero co, wujek Gugiel nie nadąża za naszą produkcją, skoro każdy aktywista sieci wyrabia po kilka MB dziennie (lub dużo więcej). Rozsiewa bzdury, genialne myśli, opinie takie i owakie, obrazki, fotografie, filmy, muzykę – liczne jak dorszowe dzieci. Właśnie umarliśmy, a nasz dorobek został gdzieś w sieci. Co z nim? Czy godny uwieczniania? Jesteśmy tego warci? Sami powiedzcie.

Prosta odpowiedź, dać w ręce spadkobierców. Ale będą mieli zajęcie! Aż przystopują własną cyfrową aktywność, gdy zajmą się naszą. Więc może to dobre wyjście? Z drugiej strony nie ma wielu rodzin, a może wcale nie ma, w których by się nie kotłowały emocje, patologie, negatywne oceny. Więc raczej zgarną to co ma wartość handlową, reszta do zsypu. A może wierzą w eParadiso, do którego na jakimś sądzie ostatecznym trafi co tego godne, pardon, warte? Jeśli nie, to może chociaż zrobią wersję zapasową, wrzucą na jakiś nośnik pamięci i być może pamięć się nie zgubi. A jeśli się zgubi, tak widać było pisane.

Teraz mamy liczne chmury danych i takie nośniki pamięci, jak na obrazku poniżej (niektóre już wyszły z użycia). Za jakiś czas staną się nieaktualne, tak jak my. Nasi spadkobiercy również znikną. Czy chcemy wciąż istnieć w eParadiso? Jak długo? Może wiecznie?


Źródło

Trudniejsza odpowiedź. Niech o naszą spuściznę zadba potomność. Na pewno istnieją stosowne instytucje. Hmm… a co, jeśli jakaś komisja uzna, że nasz dorobek jest nieciekawy, nie wzbogaca, nie zasługuje itd? Wtedy odpadniemy w selekcji, a nasze dokonania wyrzucą z urzędu na śmietnik i przerobią na coś bardziej użytecznego? Lub po prostu zwolnimy miejsce.

Selekcja jest trudna
Źródło

Jeśli już odpowiemy sobie na te pytania, znajdziemy jakiś samoutrwalacz, to wciąż pozostanie otwartą kwestią CZY  ”jesteśmy tego warci?” i, konkretnie, ILE warci? To pytanie jest prawdopodobnie za trudne.

Powstały już regulacje prawne dotyczące  Digital Afterlife (USA). Różne firmy, które wydają się nizniszczalne (ha! czyżby?) mają swoje przepisy na wypadek śmierci użytkownika. Możemy też sami zadbać o nasze cyfrowe dziedzictwo, na przykład tak – KLIK. Przyszłość technologii i zdolość do inwencji naszych bliźnich jest niezbadana, jak kraina mrówek*. Właśnie trwa próbny rozruch portalu społecznościowego dla zmarłych, KLIK.

Mary Ellen Long, Memory Window
Źródło

I na koniec pewien kłopocik. Miejmy nadzieję, że maleńki, że tylko wyobrażony, a tak w ogóle całkowicie wykluczony, gdyż jako gatunek jesteśmy przewidujący i niezwykle wprost inteligentni, każde zgrożenie w porę dostrzeżemy i odwrócimy fatalne konsekwencje. Tomasz Jedoń napisał o możliwości utraty danych na skalę globalną, zbierając różne huxleyowko-orwellowskie i tym podobne lęki.

A ty, jak widzisz swoje life after?

 

 

=====

* Kraina mrówek bierze się z Wytworów rzeczywistości, Iana Stewarta i Jacka Cohena. KLIK – fragment książki

Opublikowano Przestrzeń wspólna | Otagowano , , , , | 9 komentarzy

Brzydzi, oburza, zachwyca, ekscytuje

Od ponad roku nasze oczy są atakowane ekshibicjonizmem  wszędzie, gdzie je zaprowadzimy.  W Polsce trwa dyskusja nad wędrującą niczym święty obraz wystawą The Human Body Exhibition (Klik – artykuł ze szczegółami kto jej do siebie nie wpuścił i dlaczego). Na facebooku lajki idą w tysiące.

Wystawa brzydzi na poziomie odruchów, jednak jak się zdaje się niezbyt liczną część populacji. Nie ma rady, niektórzy tak mają. Ja tak mam. Wystawa także oburza. Czasem nie z powodów religijnych, nie ze względu na świętość życia (ludzkiego), lecz z powodu traktowania zmarłego mięsa-ciała jak plasteliny, którą pospólstwo bawi się niczym w lunaparku. I w dodatku bez obrzydzenia.

Pornografia śmierci jest już powszechna, niczym pornografia dosłowna. Kalendarze pewnej trumniarskiej firmy mają seksem i kiczem zachęcić rodziny w świeżej żałobie do zakupu cmentarnych gadżetów. Szokująca reklama ciuchów wymaga krwawych efektów. Wczorajsze chamstwo dziś uchodzi na kreatywność.

Coraz mniej widoków szokuje. Wobec tego stale trzeba zwiększać dawkę obscenicznego horroru. Więcej seksu, więcej krwi, więcej wydzielin ciała i umysłu. Masowy widz łaknie adrenaliny, sprzedaż musi stale rosnąć, te rzeczy wzajemnie się napędzają.

To bardzo ciekawe co ludzkość wymyśli w następnej odsłonie, skoro nie ma granic, skoro wszystko tak szybko się opatruje i już nie szokuje?

Popatrzcie na reklamę szamponu Fructis. Także w branży marketingowej można raczej zaciekawiać niż „szokować”, na czym nasze włosy i firma Garnier powinny skorzystać. Wygrany – wygrany.

Opublikowano Przestrzeń wspólna | Otagowano , , , , , | 6 komentarzy

Sztuka jest po to, żeby artyści byli szczęśliwi

Wielkie plany 

Pewien człowiek od dziecka regularnie podejmuje straszliwe zamiary i się na nie zawzina. Życie stawia opór i naprężanie muskułów słabnie. Aż do następnej fazy podejmowania dalekosiężnych zobowiązań, kiedy można znowu uwierzyć w obietnicę.

Obietnice

Wielkie plany czasem się realizuje, ale nie zawsze metoda amerykańska przynosi owoce. Wiara w siebie może być niezachwiana, mimo to zwykle pojawia się opór z zewnątrz. Przy potężnych kataklizmach niekończącej się historii można tylko załapać się na jakiś listek unoszony nurtem i wypatrywać sprzyjających okoliczności. Ten człowiek  wciąż jeszcze dryfuje, choć czasu ubywa.

Agnès Varda

Agnès Varda jest wielką reżyserką, jej Szczęście zaliczam do największych filmów w dziejach kina. Dzięki niemu stała się w późnych latach 60. kimś ważnym dla kultury. Gdy Agnès Varda płynie na swoim listku jest bardziej widoczna, można ją odłowić. To właśnie uczyniła Fundacja Cartiera i chwała jej za to.

Niektóre wypowiedzi
Wideo 2006 r

O taśmach filmowych:
C’est ça ma vie (To moje życie).
O sobie:
Je suis une vielle cinéaste et une jeune artiste (Jestem starym filmowcem i młodą artystką).
O sztuce:
J’aime le plus quand l’art entre dans la vie et la vie entre dans l’art. (…) J’aime les choses un peu plus discrètes, un peu plus abstraites. (Najbardziej lubię gdy życie wchodzi w sztukę, a sztuka w życie. (…) Lubię rzeczy trochę bardziej dyskretne, trochę bardziej abstrakcyjne).

O sobie i sztuce: J’ai commencé tard, 74 ans en 2003, donc je ne fais pas de carrière, je fais ce que j’ai envie de faire. (Zaczęłam późno, miałam 74 lata w 2003 r, więc nie robię kariery, robię to, co mam ochotę robić.

Agnès Varda zgodziłaby się pewnie z tym, że: 

Sztuka jest po to, żeby artyści byli szczęśliwi

 

 

 

Opublikowano Artyści | Otagowano , , , , , , , | 5 komentarzy

Ale sobie nagrabisz, Almetyno!

1.    Lifestyle mnie wkurza jako idea. Choć może chodzić tylko o tę wersję, która stosuje to słówko głównie do trendy-elegancji.

Gdzie się znajduje to urocze miejsce? (Nie przeczę, że uchodzi za bardzo ŁADNE). Hotel w zabytku post pegieerowskim? Mieszkanie celebrytki? Klop w eleganckiej knajpie? I jeszcze ci wmówią, że to niezwykłe wnętrze jest pomyślane tak, żeby harmonizować z osobowością tego kto w nim przebywa. 

Jeśli masz problem kim jesteś, jak powinieneś żyć, ze szczególnym uwzględnieniem wolnego czasu, to recepty znajdziesz  wszędzie. Tylko musisz się nieźle napracować, ale przecież warto.

2.    Art de vivre wręcz przeciwnie, wkurza mnie bardzo rzadko. Choć gdy wpada w ekscesy gastronomiczne lub te nazwane „tendances”,  to wzbudza uśmieszek.

Etykietka pozwala prześledzić los tego stworzenia od jego hodowcy po twój talerz; świetnie, ale to pic na drążku. Dlaczegoż by miała być bardziej wiarygodna od polityków, którzy w przeddzień skazania jeszcze przysięgają, że są niewinni? Nie mówiąc o tym, że gdy kelner pluje nam chyłkiem na talerz, to ryzykujemy więcej niż zjadając owoc morza bez rodowodu.

Opublikowano Przestrzeń wspólna | Otagowano , , | 7 komentarzy

Umniejszanie się. Czy blogi piszą kompleksiarze?

Te parę słów pod nazwą bloga, które mają zachęcić czytelników.

Pani S. myśli za dużo. Często czuje się jak Zeus chwilę przed tym, zanim Atena wyskoczyła mu ze łba. Aby nie spotkał jej podobny los, postanowiła gromadzące się myśli wydalać. W tym celu założyła blog. Można więc rzec, iż jest to swoiste szambo dla jej przemyśleń, obserwacji i wniosków. Pani S. serdecznie zaprasza

Zajawki w stylu: „Moje bazgroły”, „Takie sobie przemyślenia”, „Szara mysz donosi”, „Gadam sobie” wskazują na takie pochylenie nad sobą, jakiego nie daje realny świat, chyba że jest się KIMŚ naprawdę WAŻNYM. I dlatego warto wymusić zainteresowanie. Gdy inni nas uznają, to sami siebie wreszcie należycie polubimy.

Zajawki ukrywające się za zasłoną skromności, lecz demonstrujące wysokie mniemanie o sobie, świadczą o czymś, co terapeuta natychmiast nazwie i może nawet wyleczy, jednak widz i czytelnik znajduje się w pozycji odbiorcy a nie lekarza czyjejś twórczości. On może tylko kupić lub zwiewać.

Gdyby tak zająć się tym co JA daję, zamiast tym co MI dają, bilans paradoksalnie mógłby się okazać satysfakcjonujący dla obu stron.

Pisanie pamiętnika jest znanym sposobem na samoleczenie, uprawianie jakiejkolwiek twórczości ma moc oczyszczającą. Samoleczenie w świetle jupiterów czasem żenuje publiczność, a twórczość nieprzetworzona, dosłowna, ekshibicjonistyczna jest nazbyt terapią, nie dość ofertą.

Czasem się zdarza, że twórczość żerująca na kompleksach, na zaburzonej samoocenie, na lękach jest na tyle przetworzona, że przyciąga dużą widownię. Wiele osób odnajduje siebie jak w lustrze w komiksowych rysunkach Bohatera. Bohater to nick artystki publikującej nie na blogu, lecz facebooku, która nie zdradza swoich personaliów, gdyż pewnie za dużo wyjawia obcym, by ryzykować. Ale nadejdzie, mam nadzieję dzień, kiedy twórcza autoterapia zadziała. Wtedy być może nastąpi coming out. 

 

Osobnym zjawiskiem jest przymus pisania dowcipnie, lekko i wdzięcznie w przekonaniu, że na serio mogą się wypowiadać wyłącznie profesjonaliści lub nudziarze, a także jedni i drudzy łącznie. Dyletanci są bezbronni, nie stoi za nimi żadna korporacja ani związek zawodowy. Działania osłonowe mają u nich sens uprzedzający obiekcje. Czasem mruganie okiem występuje już w zajawce. „Uwaga – jestem niszowy!”, a czasem w adresie sieciowym lub wręcz w nazwie bloga. N.B. Nie jestem wrogiem dowcipnego pisania, raczej wrogiem maskowania się za nim.

Umniejszanie się w intencji, że się uwiedzie czytelnika jest jedną z opcji. Czy „Takie sobie pisanie” może go przyciągnąć?  A co myśleć o „Dzienniku człowieka zbędnego ~ bez właściwości ~ z podziemia„. A co powiedzieć, jeśli to prawda? A co, jeśli to przemyślane działanie marketingowe? Czy może jednak chodzi o to, żebyśmy się wykazali empatią? Pomogli? Wsparli?

Na koniec małe ale. Jednak lepiej gdy autor się nieco umniejsza, niż gdy niezwykle z siebie zadowolony.„Ten blog jest poświęcony twórczości – wejdź koniecznie! violletka94.blog.interia.pl”. Kto wklei i kliknie, ten podejmie ryzyko na własną odpowiedzialność. Twórczość to bardzo pojemne pojęcie.


Pod tym się podpisuję, chyba żeby „rzeczy ładne” calkiem przypadkowo były też znaczące, jak się Bohaterowi często przydarza, czyli ciut podcina gałąź, której siedzi. Chyba, że żartuje…

Co to znaczy „ładne”? Czyżby to co „wszyscy” uznają za takie…?
E tam.

 

 

Ach, żeby nie zapomnieć: trzeba koniecznie sprawdzić o czym pisze Pani S. Coś mi mówi, że jej beznadziejne przypadki mogą być fascynujące.

 

 

Opublikowano Artyści, Przestrzeń wspólna | Otagowano , , , , , | 2 komentarzy

Inspirująca codzienność

 Nie pozwolę, by kolejny owad, który zagości na ramie mojego okna tarzał się w brudzie 


Lubię metafory

Zwykle unikam blogów z pożytecznymi radami, ponieważ nie znoszę robienia porządków. Ale gdy już człowiek musi, bo zapomniał umyć, co było do umycia, to lepiej, żeby to było miłe. Możliwe, że odnosi się także do sumienia. Bo już do duszy, to tylko u tych, co w nią wierzą*.


* Tu dla jasności powinna być emotka, ale liczę, że mowa nie wprost, żartobliwa lub aluzyjna, jeszcze da się zapisać po staremu. 

Opublikowano Przestrzeń wspólna | Otagowano , , | Skomentuj

Furiaci – wściekłość, uczucie do wykorzystania

1. „Mam w sobie duże pokłady wściekłości” powiedział człowiek, który przetwarza emocje na twórczość publicystyczno-dydaktyczno-artystyczną. Jak dla mnie bomba.

2. Wściekłość, uczucie twórcze, które już nie nazywa się furią, albo dopiero w ostateczności. (Niestety nawykowo ironizuję, ale nie szkodzi: Wikipedia ci mówi jak jest, co jest i w jakiej kolejności).

3. Przejawy furii

Straszna furia na szczytach technicznego opanowania:

UWAGA LINK POPRAWIONY (2″04′)


Polecam film o furii:
Sex Pistols: Wściekłość i brud (1:47:49napisy PL

Opublikowano Przestrzeń wspólna | Otagowano , , , , , | 24 komentarzy

Czy lubisz hejterstwo?

Ten temat jest tak bardzo rozbudowany w znaczenia, że musi potrwać zanim zostanie osiągnięte „zadowalające porozumienie”. Jeśli zostanie. Na razie, tytułem wstępu, zapraszam do poczytania mojej notatki o pożytkach z hejterswa, lub stratach z tego tytułu.

piątek, 28.02.2014

Tymczasowa definicja domowej roboty
Hejsterstwo: nienawiść, zawiść, złość wyrażone w Internecie w celu dokopania komuś. Negatywne emocje mogą być spontaniczne lub stanowić element strategii, czarnego piaru, „wendetty”.

Definicję będę udoskonalać, czekam na sugestie.

 

19.02.3014, środa

Hejterstwo jest jedną z odmian wyrażania opinii, którą się powszechnie POTĘPIA i… toleruje, co najwyżej sykając „Fff, fff!” i odchodząc z godnością. Na pytanie „Czy lubisz hejterstwo”, gdyby zrobić sondaż, uzyskalibyśmy 80% odpowiedzi negatywnych. (Tu zawsze znajdzie się ktoś niezwykle dociekliwy i zapyta”A skąd wiesz?”).

Ten design w błękitnej rękawiczce, o który pyta blogerka Czesia, jest dziełem chwili i zostawiam go w tej postaci, na razie w każdym razie. Jak widać, ta forma pobudza do dyskusji. A niżej wersja zmierzająca w kierunku piktogramu. Krok w stronę pozorowania mniejszych emocji.

 

„Jedno mnie niepokoi – brak odwagi cywilnej, podpisu pod opiniami krytykanckimi” – pisze Czesia. I tu się zgodzę, chociaż z zastrzeżeniami.

Pierwsze. Jeśli można anonimowo chwalić, to dla równowagi i takie ganienie nie powinno stanowić problemu. Co prawda chwalenie poprawia nastrój nie tylko chwalonemu, ale i czytelnikom,  ogólna dobrotliwość rozprzestrzenia się drogą dziwnej net-osmozy, a w przypadku ganienia jest wprost przeciwnie. Jako lajkerzy jesteśmy o krok od „kisielu-cium-cium”. Powiedzmy, że dzięki wrodzonej wrednocie jakoś to przetrzymujemy (my ludzkość, rzecz jasna).  Jako krytykanci narażamy się na działania odwetowe.

Drugie. Moim tematem są dwie rzeczy. Hejterstwo, zjawisko bezdyskusyjnie obrzydliwe,  i prawo do krytyki. Realizacja tego prawa nie jest dobrze widziana, mówiąc eufemistycznie. Jak temu zaradzić? Mam co najmniej pięć pomysłów, leżą sobie w pojemniczku na pomysły i czekają na wydobycie, gdy tylko będzie okazja.

Trzecie. Lajki to fenomen fejsbuka. A tam ludzie nie są anonimowi. Napisanie, że coś się nam nie podoba jest aktem odwagi, wprost proporcjonalnym do stopnia znajomości. Im bliższa, tym trzeba jej więcej.

Błękitna rękawiczka powstała spontanicznie i doraźnie, na potrzeby fejsbukowe. Odwagi nie wymagała, bo chodziło o krytykę merytoryczną pewnego portalu, którą uzasadniłam i co więcej uzyskałam satysfakcję, bo osoba kierująca fanpejdżem podjęła dyskusję. Czy po tak zachęcającym doświadczeniu użyję jeszcze kiedyś ikony kciuk w dół? Możliwe.

Jeśli nie tej w koronkowej rękawiczce, to może użyć by czegoś z guglowej oferty?

Opublikowano Przestrzeń wspólna | Otagowano , , , | 4 komentarzy